Chcę płonąć
Mała biała trumienka Jasia przypomniała mi wydarzenie pogrzebu mojego brata Mariusza. Miałem wtedy 11 lat. Zapamiętałem prawie każdy szczegół tamtego zdarzenia. Świadectwo kruchości tego, co zewnętrzne i ogromnej mocy życia. Bóg wkłada życie w nas. Ono przekształca nasze ciało, aż przychodzi dzień, że się w ciele nie mieści. Ciało i dusza rozstają się. Widzimy klepsydrę. Płaczemy. Mówimy: „to koniec, najgorsze nadeszło.” A co jeśli rzeczywiście to, co najlepsze dopiero przed nami?
Dzisiaj kolejna z rzędu nieprzespana noc. Nie zmarnowałem jej. Przygotowałem homilię na dzisiejszy pogrzeb. Słowo wciąż pracuje we mnie. Szukałem odpowiedzi na pytanie (z tezą) o co chodzi, kiedy w Piśmie Świętym znajdujemy wyrażenie „poznać Pana?” Na portalu „Wiara” natrafiłem na rozważanie Ojca Jana Pawła Konobrodzkiego OSB. Poniżej podaję interesujący mnie fragment:
"Z pełnym kontaktem ze sobą samym mamy do czynienia wtedy, kiedy jestem w pełni świadomy chwili obecnej. Popatrzmy na Mojżesza. Na pustyni musiał mieć pełny kontakt ze sobą samym, każde miejsce, każdy krok mógł być dla niego przyjazny lub nie. W przestrzeni, którą pokonywał, w każdym jej zakamarku czaiły się różnego rodzaju niebezpieczeństwa, ale także i ludzie. Musiał mieć kontakt ze wszystkimi swoimi zmysłami, aby kontrolować sytuację. Czy ktoś go nie goni, czy dobrze stawia kroki. To jest nie tylko zaradność życiowa, to jest pełna obecność w teraz. Ta umiejętność pozwalała mu przetrwać i podejmować decyzje w ułamku sekundy. Kiedy był na górze, na której czuł się bezpiecznie, wydarzyło się coś bardzo osobliwego. Krzak, który przypominał jego samego, pozbawiony korzeni, suchy, miotany wiatrem po pustyni, bezużyteczny, płonął, ale się nie spalał. Kiedy Mojżesz, siedząc plecami do skał, zauważył ten ogień, chciał podejść, ale usłyszał głos Boga. To nie była trąba, tuba, Mojżesz usłyszał go w sobie: Mojżeszu! […] Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą (Wj 3,5)"
Całość rozważania - kliknij tutaj.
Jestem jak Mojżesz podobny do krzaka na stepie, niestały, „miotany to tu, to tam,” wieczny włóczęga. Jaś – dziecko, które dziś pochowałem (urodziło się martwe) – jest jak iskra Bożej miłości. Kiedy trafi na dobrze wysuszone gałęzie – może cały krzak zapłonąć. Jezus przyszedł ogień rzucić na ziemię…i doznaje wielkiej udręki dopóki nie zapłonie. Jezus ciągle cierpi w nas o ile nie płoniemy Jego miłością. Pragnę płonąć Bożą miłością.


Komentarze
Prześlij komentarz